Myślisz że złapałeś Pana Boga za nogi, bo twoją firmę rozwijaną od lat ktoś docenił i chce ją kupić? Teraz będziesz mógł leżeć na plaży całe miesiące i popijać drinki. Koniec harówy. Nic bardziej mylnego. Posłuchaj tej historii, bo nie kończy się dobrze.
Słyszałeś bajki o firmie stworzonej w garażu, która po 15 latach wyrosła na giganta notowanego na giełdzie? Zapomnij o tym, tobie taka sytuacja na pewno się nie zdarzy. Tylko ciężka praca organiczna, latami wstawanie rano i co dzień robienie tego samego, konsekwentne dążenie do celu, a poza tym reagowanie na otoczenie rynkowe, trochę sprytu, walka z biurokracją i konkurencją. Taka przyszłość cię zwykle czeka, jeśli zamierzasz prowadzić biznes w Polsce.
Trochę kontekstu
Poniższa historia jest prawdziwa i dotyczy małej firmy produkcyjnej (do 200 pracowników) w Polsce będącej spółką z o.o. Spółka ładnie się rozwijała, kilkadziesiąt procent rok do roku, były plany wejścia na giełdę, co roku opracowywała nowy produkt. Posiadała dział badawczo-rozwojowy, produkcyjny, marketingowy, księgowy, informatyczny, elektroniczny, zakupowy i sprzedażowy, analityczny. Firma raczej rodzinna, większość procesów było dopracowanych. I wtedy zgłasza się inwestor który chce przejąć pakiet większościowy w firmie.
Sprzeda czy nie sprzeda?
To pytanie zadawali sobie pracownicy mając na myśli szefa firmy. Dla nas było jasne, że jeśli sprzeda to pojawią się tu obcy ludzie zarządzający firmą, czeka nas niepewność, wszystkie procedury mogą zostać wywrócone do góry nogami. Myśl o tym że obcy właściciel może nas rozwinąć bardziej dynamicznie jednak nie przeważała. Myśleliśmy jako pracownicy że jakoś to będzie. Jednak nasz szef sprzedał pakiet większościowy.
Nic się nie dzieje?
Wbrew przypuszczeniom, przez pierwsze 3 miesiące nic szczególnego się nie działo. Prezes został ten sam (czyli stary szef), pojawił się jedynie dyrektor finansowy z funduszu inwestycyjnego. Ale dalej robiliśmy to co wcześniej, procesy się nie zmieniły, normalna praca jak przez ostatnie lata. To nas trochę uspokoiło i emocje opadły. Ale długo to nie trwało.
Niespodziewane zmiany
Jako że używaliśmy w firmie przez kilka lat przestarzałego programu księgowego, fundusz postanowił go zmienić na coś nowoczesnego. Jednak nasz prezes się nie zgodził, w związku z czym na kolejnym zgromadzeniu akcjonariuszy podjęto uchwałę o wyborze nowego prezesa. Został nim człowiek od zarządu, a nasz stary szef zniknął z firmy na prawie 2 lata. Ten nowy prezes były z zawodu informatykiem, a jak się okazało już kilka tygodni później o zarządzaniu firmą nie miał wielkiego pojęcia. Nie wychodził zbyt często do pracowników, zwykle siedział w swoim biurze.Plan natomiast miał ambitny-w ciągu 2 lat potroić sprzedaż naszych urządzeń.
Parę miesięcy później najemca budynku gdzie wynajmowaliśmy biura i halę produkcyjną zaczął nam odcinać prąd. Tj. specjalnie nie płacił rachunków, w rezultacie zakład energetyczny odciął nam zasilanie. Stało się tak trzy razy i całkowicie paraliżowało to pracę naszej firmy. O ile biurowi poszli na pracę zdalną, to maszyny na hali produkcyjnej stanęły. Najpierw zapłaciliśmy cały dług w imieniu zarządcy budynku (my sami regularnie płaciliśmy czyns). Potem musieliśmy wynająć agregaty prądotwórcze. Tak się męczyliśmy prawie 2 miesiące aż nadeszła zima. Stosunki z wynajmującym stały się nie do zniesienia i zarząd podjął decyzję o przeprowadzce. Ale fundusz zauważył, że taka rozwojowa i z potencjałem firma jak nasza nie może się przenieść do byle czego, bo wkrótce będziemy spółką giełdową, będziemy liderem w europie, że gości trzeba przyjmować w ekslizywnych warunkach. I z rozmachem zaczął szukać siedziby na miarę zusu w naszym rejonie. Taki proces trochę trwa, więc tymczasowo przenieśliśmy się do tymczasowych lokalizacji, biura gdzie indziej, produkcja gdzie indziej, a zarząd wertował katalogi firm wynajmujących nieruchomości dla firm szukając perełki.
Punkt zapalny
No i znalazł, ale ok. 35 km od miejsca poprzedniej siedziby i tyle też większość załogi musiała dziennie dojeżdżać do pracy. Nie było żadnego dofinansowania do dojazdów ani autobusu firmowego. Pracownicy byli wściekli bo dojazd zajmował 50 min i zabierał mnóstwo paliwa. Ludzie brali zdalne coraz częściej. Nowa hala była wielka jak stodoła i dopiero ekipy budowlane kończyły robić w niej instalacje. Sam czynsz tej stodoły wynosił kilkaset tysięcy zł miesięcznie.
Jednocześnie sprzedaż nie szła tak jak zakładał fundusz i pojawiły się zgrzyty. Nasz zarząd był coraz częściej zdalnie, tj. raz na 2-3 dni był ktoś z nich w biurze, a reszta czasu ich nie było. Co robili-nikt nie wiedział. Muszę zaznaczyć że firma działała globalnie, tj. miała partnerów lub dystrybutorów w kilkudziesięciu krajach świata i tam również pojawiły się zmiany. Ludzie z funduszu obcinali marżę naszym spółkom zagranicznych, zniechęcając ich do współpracy. Jednocześnie zarząd firmy zatrudniał mnóstwo doradców, handlowych, marketingowych, itp. Wyglądało to tak, że każdy kto wcześniej był decyzyjny w firmie, teraz musiał to z kimś konsultować. Wszystko to trwało, na decyzje się czekało, a ogromna kasa na konsultantów wypływała. Jednocześnie fundusz stwierdził, że mamy zbyt mało rozbudowaną strukturę firmy i zaczął zatrudniać kilkudziesięciu specjalistów, m.in. od marketingu, grafiki, projektów, kontrolingu. Na moje oko byli to ludzie którzy za bardzo nie znali się na robocie, przerzucali papiery z lewa na prawo, ale byli ludźmi od funduszu. Natomiast ludzi na produkcję nie przybywało, mimo iż mieliśmy wyprodukować 3 razy więcej urządzeń niż w analogicznym okresie. Za to zatrudnili 2 panie do działu HR, co było wyszydzane przez resztę pracowników. Do każdego działu zatrudnili kierownika z ulicy, którzy w ogóle nie znali firmy i sposobu jej działania. Zarząd nie chciał się komunikować z szarymi szeregowymi pracownikami, tylko stworzyć strukturę kierowniczą średniego szczebla która będzie kierować firmą i pośredniczyć w komunikacji. Zarząd wypłacał sobie wynagrodzenia o wartości większej niż prezydent RP.
Ktoś z funduszu stwierdził, że trzeba przebudować naszą kulturę firmową i etykę. I były m.in. obowiązkowe webinary dot. LGBT, nękania, przeciwdziałaniu przemocy, działaniu sygnalistów. Wymyślono że zatrudnią 2 kolejnych doradców, gdyż trzeba przecież opracować dla każdego pracownika ścieżkę rozwoju i awansu.Był to plan rozpisany na prawie rok, myśleli że mają tyle czasu.
Działaliśmy w niszowej brażny, ale w Polsce mieliśmy 1 konkurenta a na świecie ok. 5. I właśnie tego konkurenta z Polski fundusz inwestycyjny stwierdził że trzeba przejąć. Zrobiliśmy audyt konkurenta, przejrzeliśmy jego księgi. Kupiliśmy chorą spółkę za cenę zdrowej. Jakież było nasze rozczarowanie jak po przejęciu spółki konkurencji dowiedzieliśmy się, że spółka już się zwijała z rynku, a to co po nich przejęliśmy to nie było warte tych pieniędzy. Za to zostaliśmy z bazą klientów tej spółki i musieliśmy im świadczyć wsparcie jeszcze przez 2 lata. Natomiast produkcja urządzeń spółki-konkurencji została natychmiast wygaszona po jej przejęciu, a prawie cały jej zespół pracowników zwolniony.
Czas zweryfikuje
Niestety po 2 latach większość decyzji zarządu sterowanego przez fundusz inwestycyjny była błędna. Zawsze wymiernym faktorem są obroty sprzedaży, a te stały na stałym poziomie jak sprzed sprzedaży firmy. Wydatki natomiast firmy urosły prawie 2 razy. Bilansowo każdy miesiąc przynosił straty (a przed sprzedażą firmy firma przynosiła zyski). Tu już fundusz inwestycyjny był na przegranej pozycji i za bardzo nie wiedział co robić.
Finał
Najpierw odwołano prezesa. Sami tłumaczyliśmy to sobie tak, że kozioł ofiarny musi być. Potem fundusz jeszcze dwa razy dofinansował nas kwotą kilku milionów złotych, co tylko przedłużyło konwulsje. Miał to być zastrzyk gotówki pod warunkiem opracowania planu restrukturyzacji, a kapitał został przejedzony i pół roku później znaleźliśmy się w tym samym punkcie.
Pracownicy już bez ogródek na korytarzu rozmawiali, jak to będzie? Otwarcie krytykowano decyzje zarządu. I wtedy gruchło. Zwolnili cały dział projektów z dnia na dzień. Okazało się że to co ci ludzie robili przez 2 lata (bo właśnie fundusz zatrudnił ludzi i stworzył dział projektów) wsiąkło w piach i nikt się tym nie przejmował. Atmosfera była fatalna. Kilka razy w zakładzie pojawili się obcy ludzie w towarzystwie naszego zarządu. Nikt ich nie przedstawił. Okazało się że to potencjalni kupcy, jednak jak zobaczyli nasze księgi to się przestraszyli i transakcja nie doszła do skutku. Na horyzoncie zostało ostateczne rozwiązanie-zgłoszenie wniosku o upadłość, gdyż dług wynosił kilkadziesiąt milionów złotych.
Jak to się skończyło i morał?
Nie było szans uratować spółki. Ktoś musiał by ją srogo dokapitalizować, a fundusz ani nikt inny nie chciał tego zrobić. A więc dorobek prawie 20 lat pracy, prawie 200 pracowników, to wszystko miało pójść w piach. W akcie desperacji fundusz inwestycyjny zwrócił się do starych szefów o wykupienie spółki za mały procent jej wartości. Transakcja doszła do skutku, jednak przez kolejne 2 lata była ostra i wycieńczająca walka z sądami i dłużnikami o przetrwanie. Aby ciąć koszty, z dnia na dzień zwolniono ok. 1/3 załogi. Zostali tylko niezbędni ludzie. Zaczęły się audyty aby stwierdzić na czym stoimy. Ludzie z funduszu zostali zwolnieni z dnia na dzień, choć nie zdążyli oni w tak krótkim czasie przekazać swoich spraw. Nie ponieśli żadnej odpowiedzialności za zniszczenie firmy z prawie 200 pracownikami na pokładzie. Spółka cofnęła się tak jakby o 10 lat w rozwoju.
Myślałem że jak fundusz daje to zarządu swoich ludzi to są to specjaliści najwyższej klasy którym zależy na dobru zarządzanej spółki. O jakże się myliłem. Ludzie ci traktowali firmę jak swój folwark, nie licząc się z kosztami, z tym że igrają losami załogi i marki tworzonej przez lata, nie mieli żadnych konsekwencji. Byli to mierni zarządzający, czasami wprowadzający więcej chaosu niż dobra, nie mający często pojęcia o kompleksowym zarządzaniu przedsiębiorstwem i procesach w nim zachodzących. Ślepe patrzenie w tabelki arkusza kalkulacyjnego (a tak robili ludzie z funduszu) może wypaczyć obraz sytuacji i sprawia, że kierownictwo staje się bezduszne i bezuczuciowe. Śmiało też muszę stwierdzić, że ludzie z funduszu inwestycyjnego mieli gorsze kompetencje niż nasze stare kierownictwo i odbiło się to na wynikach firmy. Nikt nie będzie zarządzał firmą tak dobrze, jak ojciec wychowujący swoje dziecko, czy dzieło które stworzył. Jeśli by nasz szef nie sprzedał spółki funduszowi, to lepiej byśmy na tym wyszli.
Nas pracowników kosztowało to też sporo nerwów i zdrowia, bo były chaos, niepewność, frustracja, żal.
0 komentarzy:
Prześlij komentarz
Podziel się swoimi myślami.Spam nie będzie tolerowany.